Kiedy DPB zdecydował, że zostanie w zarządzie firmy na następne cztery lata, ja przestałam się łudzić, że cokolwiek się rozwiąże. Wiedziałam, że on się nie podda. To zaszło za daleko, żeby mógł po prostu zrezygnować. A ja nie chciałam uciekać. Chciałam się uwolnić.
Tydzień później postanowiłam zmienić pracę. Nie było mi łatwo. W pracę włożyłam cholernie dużo wysiłku i jeszcze więcej czasu. Teraz musiałam przekreślić trzy lata i zacząć od początku.
Podjęcie decyzji okazało się trudniejsze niż znalezienie nowej pracy. To co tu zyskałam i mogłam ze sobą zabrać to rozpoznawalność. Po trzech latach pracy w tym molochu nie ma takiego architekta w mieście, który by mnie nie kojarzył. Jestem rozpoznawalna. Wybrałam firmę, z której są zadowoleni koledzy ze studiów. Poprosiłam żeby spytali, czy ich szefowie nie potrzebują architektów. Następnego dnia dostałam oficjalną propozycję pracy.
I tu przestało być łatwo. Musiałam oswoić zarząd z moją decyzją i wynegocjować skrócenie okresu wypowiedzenia do 1/3. A to wszystko musiał przyklepać DPB. Szef przeczytał moją prośbę o rozwiązanie umowy za porozumieniem stron, ale nie podpisał. Od razu usłyszałam: „To niemożliwe. Nie znajdziemy nikogo na twoje miejsce w ciągu miesiąca. Nie uda ci się nikogo wdrożyć w kilka tygodni”. Paradoks stulecia. Jedyną osobą, która mogła mi pomóc był DPB. Zadzwoniłam, poprosiłam żeby przyjechał.
Podałam mu prośbę o rozwiązanie umowy. Przeczytał, wstał, przeczesał włosy palcami i wyszedł. Wrócił po godzinie. Nadal wściekły, ale mógł już rozmawiać.
- Gdzie przechodzisz? – spytał.
- Jeśli mi nie podpiszesz tego papierka to nigdzie. Szef podpisze dopiero kiedy znajdę kogoś na swoje miejsce. To za późno. Muszę mieć podpis, żeby zaczął mi bić okres wypowiedzenia. Za miesiąc od dziś zaczynam nową pracę. Podpisz.
- Mogę coś zrobić żebyś zmieniła zdanie?
- Nie możesz.
Kiedy wieczorem 23 grudnia wychodziłam do domu, w szafce w pracy znalazłam misternie zapakowany prezent i karteczkę z moim imieniem. W środku był telefon komórkowy. Nie mogłam opanować wściekłości. W myślach powtórzyłam ze sto razy „Co on sobie wyobraża?!”. Nie pomogło. W końcu usiadłam, złapałam oddech, podniosłam słuchawkę i wykręciłam jego numer. Wysyczałam tylko: ”To ma zniknąć, albo pierwszego dnia po świętach odeślę ci go pocztą na adres domowy”.
Byłam niemal pewna, że po spięciu z prezentem gwiazdkowym, do kwestii prezentów DPB nie wróci już nigdy. Znowu się przeliczyłam.
Parę dni przed końcem kadencji zarządu podszedł i położył mi na biurku kopertę.
- Co to jest? – spytałam.
- Premia za pracę w mijającej kadencji.
- Dziękuję, dostałam swoją przelewem.
- Oddaję ci swoją. Oboje wiemy, że należy ci się bardziej niż mi. Odwalasz za mnie całą robotę.
- Zabierz to! – syknęłam. A on wyszedł.
Zadzwonił za kwadrans i spytał: - Nadal jesteś wściekła? Przecież dobrze wiesz, że powinnaś dostać całą pulę. Nie doszukuj się podtekstu. To że cię kocham, nie ma tu żadnego znaczenia.
- Ok, jeśli chcesz będziemy grać na twoich zasadach.- odłożyłam słuchawkę.
Dwie godziny później zaczynało się posiedzenie zarządu. Poczekałam, aż wszyscy usiądą przy stole konferencyjnym. Wzięłam dokumenty, które miałam podać szefowi. Po drodze przechodząc koło DPB położyłam przed nim kopertę i powiedziałam: „Zapomniał pan po południu”. Przy zarządzie nawet nie mógł zareagować. Wieczorem znalazłam kopertę w swojej szufladzie z dopisanym "Proszę...". Pewnie leży tam do dzisiaj.
Kilka tygodni później w szufladzie przy biurku znalazłam małe złote pudełko. W środku były kolczyki i certyfikat autentyczności brylantów. Osunęłam się na krześle. Oparłam czoło na rękach. Siedziałam tak jakiś czas, w końcu wysłałam mu smsem: „Kiedy wreszcie zrozumiesz, że ja niczego od ciebie nie chcę? Zabierz je, albo jutro wyślę je twojej żonie”. W odpowiedzi dostałam: „Jeśli nie jestem Twój, jestem niczyj”.
Od kolejnych spięć z DPB mijają tygodnie. Nabieram dystansu i dopiero piszę. Już bez wściekłości i chyba na tyle obiektywnie na ile w tej sytuacji mogę. Teraz myślę, że prościej byłoby gdybym pisala od razu.
Kończyła się czteroletnia kadencja. Liczylam na to, że DPB wyleci z zarządu. Że go na druga kadencję nie wybiorą albo żona postara się żeby w ogóle w wyborach nie wystartował.
Dwa dni przed wyborami poleciał do Nicei. Przez myśl przemkneło mi nawet, że nie wróci na czas.
Nie było go dwa dni, a wysłał mi setkę smsów.
Najpierw, że tęskni, że oddałby wszystko żebym pojechała z nim, że nigdzie więcej beze mnie nie wyjedzie. A ja zaciskałam zęby z wściekłości. Nie odpowiedziałam na żaden. Potem, że podziwia to moje twarde ignorowanie jego istnienia, że powinien sie tej twardości ode mnie nauczyć, że jestem z kamienia, bo nie może mnie ruszyć ani wściekłością ani uczuciem. A ja zaciskałam powieki żeby powstrzymać łzy.
Któryś sms z kolei pozbawił mnie złudzeń i pokazał jak daleko to wszystko poszło: "Modlę się do Ciebie. Kocham Cię jak największą świętość, a chciałbym normalnie. Nie mogę wyzwolić się i zacząć oddychać normalnie. Umrę z pragnienia i tęsknoty, ale dla jednej chwili z Tobą - warto. Czuję Cię, twój dotyk, oddech... Boże pozwól mi przeżyć".
Wrócił na czas. Wystartował w wyborach. Pełną ilością głosów został w zarządzie na następne cztery lata. Już wtedy wiedziałam, że DPB nigdy nie będzie potrafił się poddać, że to ja będę musiała zrobić wszystko żeby zniknął z mojego życia.
Któregoś popołudnia DBP przyjechał do firmy, zdążył podejść do mojego biurka i w drzwiach stanęła jego żona. Niewysoka blondynka. Dobrze ubrana. Zadbana. Szczupła. Tylko na twarzy widać, że się starzeje. DPB był zaskoczony. Od razu domysliłam się, że nie przyjechali razem.
Przedstawiła się wszystkim samym nazwiskiem. Męża oczywiście. Pomyślałam: Ok, zaznaczyłaś teren. Tylko dlaczego uznałaś, że to potrzebne?
Nie wiem dlaczego domyśliła się, że coś nie jest w porządku. Nie wiem skąd dowiedziała się, że chodzi o mnie.
Z uporem wciągała mnie w rozmowę. O wszystkim. Próbowała nawiązać nić porozumienia, albo przynajmniej wyczytać coś w moich gestach, w spojrzeniu. Potwierdzenie lub zaprzeczenie. Nie zdołała.
Przyjechała obejrzeć przeciwnika. Jak miałam jej powiedzieć, że przeciwnik nie istnieje?
Potem zaczęły się głuche telefony. 3-4 razy dziennie. Później 10-15. Zaczęłam kojarzyć, że dzwonią wtedy, gdy DPB wychodzi z filii biura. Kiedy DPB znikał żonie z oczu, od razu do niego dzwoniła. Jeśli miał zajęta komórkę, dzwoniła na mój numer telefonu w firmie, żeby sprawdzić czy też mam zajęty. Po tygodniu stało się to meczące. Po dwóch, doprowadzało mnie do szału. Spytałam DPB czy zdaje sobie z tego sprawę. Bez cienia zaskoczenia potwierdził, że to jego żona. Nawet nie chciałam z nim rozmawiać. Wycedziłam przez zęby, żeby powiedział żonie, że mamy w firmie identyfikację numerów i zaczęły się pytania czy w ich filii mają problemy z dodzwonieniem się.
To tylko pogorszyło sprawę. Telefony ucichły, za to upór jego żony się pogłębił. Zaczęła go śledzić. Kiedy jego samochód podjeżdżał pod firmę, zaraz potem podjeżdżał samochód jego żony. Widziałam to ze 4 razy i zaczęłam omijać okna wychodzace na parking. Nie chciałam wiedzieć co się dzieje.
Pierwszego dnia po świętach siedziałam dłużej w pracy. Standard – nadganianie po przerwie. DPB uprzedzał, że przyjedzie wieczorem, żeby omówić ostatnie zmiany w projekcie. Pierwszy raz od bardzo długiego czasu, na wiadomość o jego przyjeździe wieczorem, nie zareagowałam wcześniejszym wyjściem.
Od rana próbowałam z nim porozmawiać, ale ciągle było pod górę. Byliśmy sami przez sekundę i od razu dzwonił telefon. Na przemian przychodzili pracownicy i inwestorzy. Chciałam z nim porozmawiać, ale nie mogłam nawet zacząć.
Wieczorem w firmie zostałam już tylko ja. DPB przyjechał, usiadł przy biurku naprzeciwko mnie. Trzymałam prawą rękę na myszce od kompa. Wystarczyło, że spojrzał na rękę i sam spytał o pierścionek:
- Teraz nosisz na prawej?
- Nie. Ten jest nowy.
Spojrzałam mu w oczy i widziałam jak bardzo walczy żeby nie pokazać zaskoczenia, potem zawodu i ogromnego żalu. Oparł głowę na rękach. Milczał góra minutę, ale wydawało mi się, że trwa to godzinę.
- Zaręczyłaś się?! Dlatego pozwoliłaś mi przyjechać? Chciałaś, żebym wiedział?
- Od rana próbowałam ci powiedzieć.
Wstał i zaczął chodzić od ściany do okna. Przeczesywał włosy palcami. Jakby ważył w myślach to co miał powiedzieć.
- Jechałem jak wariat, żeby tylko zdążyć cię dziś zobaczyć... - a teraz zostaje mi życzyć ci szczęścia w na nowej drodze... gratulacje L gratulacje...
Wybiegł z budynku, słyszałam już tylko trzaśnięcie drzwi i odjeżdżający samochód. Przez kwadrans ślepo wpatrywałam się w monitor i w myślach powtarzałam sobie „cokolwiek on teraz zrobi, to nie jest moja wina”. Wyrwało mnie kolejne trzaśnięcie drzwiami. DPB wrócił tym razem już bez krawata, z rozpiętą koszulą, rozczochrany. Minęło piętnaście minut, a on wyglądał jakby sufit zdążył zawalić mu się na głowę.
- Parę rzeczy mi się nie zgadza – prawie krzyczał – Dlaczego rano powiedziałaś, że będę Ci jeszcze potrzebny?!
- Powiedziałam, że będziesz mi jeszcze DZISIAJ potrzebny. Chciałam porozmawiać.
Złapał oddech i mówił już spokojniej.
- To się stało w trakcie świąt?
Kiwnęłam głową.
- L! ja potrzebowałem tylko trochę czasu...
- Ja nie potrzebuję czasu. Kocham go. Nie jestem durną nastolatką. Wiem czego chcę. Cokolwiek teraz zrobisz, będziesz w tym sam.
Dobre dwie godziny i kilka grolshów później nadal siedzieliśmy w firmie na podłodze oparci o ścianę. Oboje z załzawionymi oczami. To był chyba ostatni raz, kiedy byliśmy przyjaciółmi. Ostatni, kiedy potrafiliśmy się zrozumieć. Ostatni, kiedy potrafiliśmy rozmawiać.
Któregoś wieczora nie wytrzymałam. Wyjrzałam przez okno w kuchni. Znów zobaczyłam jego samochód na parkingu. I coś we mnie pękło. Dość! Nie wytrzymam tego dłużej. Muszę to rozwiązać, bo zwariuję. Milczenie nie pomogło, więc zacznę rozmawiać. Zaparzyłam herbatę i zeszłam z kubkiem na parking. Kiedy mnie zobaczył wyglądał jakby patrzył na ducha. Podałam mu kubek i powiedziałam:
- Wiem, że jest ci zimno, że nie przyjeżdżasz tu dla przyjemności parkowania na mrozie. Zrozum. Ja się nie nadaję na kochankę. Jestem zazdrosna, zaborcza i cholernie męcząca. Zadręczyłabym nas oboje. Poza tym jestem uzależniona od swojej samotności. Właśnie dlatego mieszkam sama. Mój facet jest jedyną osobą, która nie przeszkadza mi w mieszkaniu, w łazience, w łóżku. Trzeba cudu, żeby ktoś mógł go zastąpić.
DPB poprostu stał i czekał aż skończę. W końcu powiedział:
- Za bardzo cię kocham, żeby cię kraść. Jestem w domu jak w poczekalni dworcowej. Szukam każdego pretekstu do kontaktu z tobą... a tu szyba, szlaban. Rozwaliłem sobie życie, które miałem. Teraz to tylko kwestia czasu, wszystko posypie się jak domino. Obiecywałem sobie, że nie będę przejeżdżał pod twoimi oknami. Rano wsiadam do samochodu, jadę do biura i łapię się nad tym, ze znów jestem pod twoim blokiem. Kiedy widzę na parkingu samochód twojego chłopaka z szybami zamarzniętymi po nocy, czuję się jakbym dostał kopniaka w brzuch i ostrogi w tyłek. Nie wiem jak przejeżdżam kolejne światła. Widzę przed oczami film z Tobą w roli głównej. Budzę się przed zwężeniem jezdni. Kiedyś obudzę się na barierce. Tracę nad sobą kontrolę.
- Ja czułabym się dokładnie tak samo, za każdym razem kiedy wracałbyś do żony. I nie mów mi, że nie chcesz wracać. Wracałbyś, a ja dostawałabym szału. Nie pójdę choćby o krok dalej. Nie potrafię.
Przez jakiś czas był spokój. Jakby zaakceptował moją decyzję. Zdarzało mu się dłużej przytrzymać moją rękę przy powitaniu, żeby zmusić mnie do spojrzenia w oczy. Właściwie tylko po to, żeby raz jeszcze upewnić się, że go rozumiem. Wiedział, że na nic więcej nie mógł liczyć. Dystans z mojej strony męczył go. Jeśli dzwonił na moja prywatną komórkę nie odbierałam. Jeśli dzwonił na firmowy telefon kończyłam rozmowę po dwóch zdaniach. Na posiedzeniach zarządu siadałam zawsze na drugim końcu stołu. Chciał mi coś powiedzieć, ale ja nie chciałam słuchać. Im bardziej nie chciałam rozmawiać, tym częściej wysyłał smsem to co musiał przemilczeć:
„Sam nie wiem czy zawsze jesteś tak sztywna i zasadnicza... czy ja nie widzę i wciąż robię z siebie durnia? Nie możesz/Nie chcesz mi nawet trochę pomóc?”
„Możemy być, czy... nie ma nas? Przecież ja wciąż gram do jednej bramki...”
„Tak naprawdę to nawet nie wiem co o tym wszystkim myślisz? Nie znam twoich myśli, uczuć... Chyba, że to co powiedziałaś jest ostateczne... Miotam się...”
„Porozmawiaj ze mną chociaż chwilę. Może musisz wyjść do sklepu, do rodziny, do koleżanki... Daj mi tylko sygnał. W 15 minut dojadę wszędzie. Bez względu na porę.”
„Jak się nauczyć reagowania na bliskość drugiego człowieka, jego dotyk, zapach, smak... będąc nim na dystans, odgrodzonym szybą...?”
„Naprawdę nie ma sposobu na tą szklaną ścianę między nami? Wybacz, ale to nie jest normalne... Nie żądam przecież wiele L., w zasadzie... no tak zapominam, że niczego nie mogę żądać, a moje pragnienia... nie mogę mieć pragnień.”
„Rozumiem mam się trzymać z daleka... Podobno nawet prosty pantofelek jest się w stanie w końcu czegoś nauczyć...”
„Nie odrzucaj mnie zupełnie proszę... Nie potrafię przestać.... L... Ale wiem, gdzie moje miejsce w szeregu. Nawet jak na chwilę o tym zapomnę Ty perfekcyjnie ustawiasz mnie z powrotem.”
„Twój permanentny brak odpowiedzi powoduje, że wciąż nie wiem co jest grane. Zlituj się jasna Pani! Nie chce już niczego sam się domyślać.”
„Po Twojej odpowiedzi sufit zawalił mi się na głowę. Nie mam już marzeń, pragnień... Jestem jak roślina L...”
„W innej sytuacji klęczałbym na Twojej wycieraczce do skutku. Powiedz, że wszystko będzie dobrze. Tak pięknie to mówisz...”
„Gdybym chociaż mógł wynosić Ci śmieci... Kiedyś mówiłaś "damy radę". Ja nie dam rady bez Ciebie. Bądź. Poprostu bądź.”
„Wiesz, że już nie potrafię bez Ciebie... Nigdy za nikim tak nie tęskniłem... I nigdy nikogo tak nie kochałem.”
„Nigdy nikomu niczego nie zazdrościłem... tylko jemu, tego że może być z Tobą”.
Najpierw dostawałam od niego kwiaty przy większej okazji. Od „niego" czyli od współpracownika, który w zarządzie firmy jest Drugi Po Bogu - DPB. Urodziny, imieniny... zawsze pamiętał. Potem zaczęły się kwiaty bez okazji. Czasem przychodziłam rano do pracy i kwiatek czekał na moim biurku. Później na przemian z kwiatami zostawiał mi czereśnie. Dlaczego od razu nie wzbudziło to moich podejrzeń? Teraz sama nie rozumiem jak mogłam być tak ślepa. Ale wtedy założyłam, że to tylko wyraz sympatii i podziękowanie za odwalanie za niego góry pracy. Bądź co bądź wszystkie projekty dostawał ode mnie zawsze przed czasem. Podpisywał dokumentację bez przeglądania zawartości.
Dlaczego wcześniej nie dopuściłam myśli, że może nie chodzi tylko o pracę? Może dlatego, że jest żonaty. Ma dzieci. Filie firmy, którą prowadzą z teściem i z żoną. Ma ułożone życie, które pozwala mu na wakacje na Teneryfie cztery razy w roku i koszule od Prady na co dzień. Pomysł, że gość ryzykowałby puszczenie w niebyt tak cholernie wygodnego życia, musiał wydawać mi się tak surrealistyczny, że nie potrafiłam go wpisać w kategorię „realny". A może dlatego, że trwało to miesiącami... dwa lata. Jeden kwiatek na biurku pojawiał się po paru tygodniach od poprzedniego. Moja podejrzliwość, nawet jeśli się budziła, przez te parę tygodni przerwy zdążyła już zasnąć. Ale z czasem zaczęło się to zdarzać częściej. Jeśli zostawiłam na biurku spis rzeczy, które musiałam zrobić, następnego dnia znajdowałam dopisany jego charakterem pisma numer telefonu. Potem zmienioną tapetę w komputerze. Innym razem wygaszacz z tekstem. Owszem uroczym. Powiedziałam sobie: "to nic takiego". Ale na wszelki wypadek zmieniłam hasło do kompa.
Z imprezy firmowej, na którą nie chciałam pojechać, dostałam w nocy smsem: „Czemu Pani tu nie ma?". Następnego ranka, też smsem, przeprosiny. Pomyślałam ok, impreza, koledzy wstawili się. Mogło się zdarzyć.
Naprawdę niepokojąco, czyli tak, że nie potrafiłam już sobie wmówić, że to nic nie znaczy, zaczęło się robić kiedy wzięłam zaległe urlopy i zniknęłam z pracy na parę tygodni. Smsy, później po kilka maili dziennie. Najpierw stricte firmowe, potem coraz luźniejsze. Gdzieś w międzyczasie bardzo naturalnie zgubił "Pani" i zaczął pisać po imieniu. Maile są tak bezosobowe, że nawet nie zrobiło to na mnie wrażenia. Aż któregoś wieczora grom z nieba. Jakby coś w nim pękło. Nie odbierałam telefonu, więc całą noc słał mi to co chciał powiedzieć. Że nic do tej pory nie było przypadkiem. Że nie potrafi o mnie nie myśleć. Że mój urlop jest dla niego męczarnią. Że "tęsknić" nie znaczy nic przy tym jak bardzo kocha. Od tej pory ignorowałam każdy kontakt, jaki próbował nawiązać.
Trzy dni później musiałam wrócić do pracy. Prosił, żebym pozwoliła się podwieźć. Nie zgodziłam się. W pracy nie zdążyłam usiąść przy biurku, a już zadzwonił. Odłożyłam słuchawkę. W końcu przyszedł osobiście. Widział jak bardzo byłam wściekła. Widział też wypisane w moich oczach "NIE!". Przepraszał, tłumaczył, prosił. Nie odezwałam się nawet słowem. Wyszedł wściekły i ze łzami w oczach. Pierwszy raz widziałam go w takim stanie.
Wieczorem tego pierwszego dnia po urlopie od razu miałam posiedzenie zarządu. Kiedy mój szef wstał i powiedział: "Pani L. dopiero wróciła z urlopu, a już ma dla nas niespodziankę", DPB o mało nie dostał zawału. Obchodziłam stół konferencyjny, żeby podejść do szefa, a DPB bladł z sekundy na sekundę. Był pewien, że powiem o jego nagłym braku profesjonalnego dystansu albo poinformuję, że odchodzę z pracy. Kiedy usłyszał, że niespodzianka to tylko gwiazdkowe prezenty, z trudem złapał oddech.
Od tego dnia minęły trzy miesiące. Miesiące, w które wcześniej za nic bym nie uwierzyła. Twórcy brazylijskich telenoweli mogliby się sporo nauczyć.
Wygląda na to, że sama siebie przechytrzyłam. Jestem tak logiczna w ocenie ludzi i sytuacji, że nie potrafiłam uznać za realne czegoś w czym nie było logiki. A teraz jest 10 wieczorem. Przez okno widzę, że DPB znów zaparkował pod moim mieszkaniem. Parkuje tak, żeby z samochodu widzieć moje okna. Nawet nie zapalam światła, żeby nie pomyślał, że moje powtarzane do znudzenia "nie" kiedykolwiek będzie oznaczało "tak". Sterczy pod moimi oknami dwudziesty, może pięćdziesiąty raz. I nie ma w tym logiki.
Nie jest łatwo pracować w firmie, w której zarząd składa się z 9 facetów.
5 dni w tygodniu, firmowe imprezy, wyjazdy, zjazdy, szkolenia - 9 facetów i ja.... i dopiero później reszta pracowników.
Przyzwyczaiłam się tak bardzo, że przestałam postrzegać ich w kategorii płciowości. Każdy z nich jest starszy ode mnie on 10-20 lat. Ma firmę, dom, rodzinę. Nadal zwracają się do mnie „Pani". Po części dlatego, że mam pod sobą resztę pracowników. Po części, żeby niezbędny dystans w pracy nie wynikał jedynie sporadycznie i z różnicy wieku. Z czasem przestałam dostrzegać, że na to co ja załatwiam z zarządem w 10 minut, inni pracownicy czekają miesiącami. To kwestia zaufania, które sobie wypracowałam. A poza tym dogaduję się z mężczyznami lepiej niż z kobietami. Już nawet nie potrafię obiektywnie ocenić, czy to cecha mojego charakteru, czy efekt 3 lat pracy głównie z mężczyznami.
Na początku nie było łatwo. Musiałam przejść przez pusty zachwyt zastępcy jednego z szefów. Minęły miesiące zanim zaczął mnie traktować inaczej niż blond lalkę, którą można głownie oglądać. Momentami żałowałam, że pomijałam go w notkach. Życie pisze o niebo lepiej niż ludzie. Wyszłaby z tego świetna książka, albo scenariusz dobrej komedii.
Zwłaszcza, że kiedy wreszcie przebiliśmy się przez własne stereotypy, zaprzyjaźniliśmy się. Przepłakał mi w słuchawkę parę nocy, kiedy zostawiła go panna. Wiedziałam pierwsza, kiedy kolejna urodziła mu córkę. W międzyczasie zmienił firmę, a ja nadal dzwonię do niego jak w dym, kiedy mam kłopot, o którym nie mogę powiedzieć nikomu innemu.
Nie uwierzyłabym, gdyby na początku ktoś mi powiedział, że zaprzyjaźnię się z 50letnim podwójnym rozwodnikiem, który ma syna i „narzeczone" w moim wieku.
A już na pewno nie uwierzyłabym w to, w co wpakowałam się teraz. Choć chyba lepszym określeniem byłoby „zostałam wpakowana".
Trzy lata pracy po 12 h na dobę i miesiące uczenia się. Koszmarny całodniowy egzamin i mam. Uprawnienia budowlane w specjalności architektonicznej bez ograniczeń. Zostałam uprawnionym architektem. Najmłodszym na pewno w województwie, a może i szerzej. Koniec z „niekończącymi się” praktykami i ciągłą pracą na stanowisku ucznia. Wreszcie! Mam 27lat i mogę sama projektować wieżowce. Ehh... Jedna z najpiękniejszych chwil w życiu. Idę świętować dalej...